W pewnym człowieku narodził się Chrystus, ale ów człowiek nie słyszał anielskich harf ani śpiewu pasterzy, ani nie przyniósł Chrystusowi w darze swojego bogactwa na podobieństwo Trzech Mędrców, nie miał złota i mirry, ani nie uważał się za mędrca. Ofiarował Mu natomiast swoją samotność, swoje cierpienia, swoje grzechy, swoją biedę, swoje upadki. Po prostu wszystko co posiadał. Powiedział: Ty zawsze polujesz na człowieka, Panie! Upodobałeś sobie mnie, chociaż nie wiem dlaczego… Tak narodził się Chrystus w pewnym człowieku. Czy to nie tak, że na myśl o przyjściu Boga przychodzą nam do głowy lukrowane wizerunki Boga na chmurce w otoczeniu aniołków grających na trąbkach, harfach i cytrze, śpiewających "Hallelujah" ze Shreka i w ogóle och i ach? A może wręcz przeciwnie, uważamy, że Bóg to tak ważna osobistość, że lepiej nie podchodzić, bo nie jesteśmy godni. Bo się Bozia na nas pogniewa jeśli nie będziemy należycie ubrani, bo nie mamy odpowiedniego podarunku dla Boga. A tak...